Archiwum dla Codziennie

Dj Muggs vs. GZA the Genius – General Principles

Słyszeliście nowy album Sido – Ich Und Meine Maske? Nie? To nie słuchajcie, co za gówno. Sido nigdy intelektem w tekstach nie powalał i nadal tak się nie dzieje, ale wcześniej dałem radę go słuchać ze względów muzycznych. Teraz nawet pod tym względem jest nie do zniesienia. Dodatkowo na albumie znalazł się szalony featuring ze Scooterem. Masa kurwa i tyle.

Piszę na raty. Generalnie teraz mam na to chyba trochę więcej czasu niż ostatnio. Siedzę w pracy i w końcu mam czas na to, żeby przejrzeć sobie cały blog bartka pogody, przeglądam miesiące, czytam pojedyncze zdania, przeglądam pobieżnie zdjęcia.

Kilka dni temu w końcu przyszło do mnie kurierem PSP, które wygrałem w konkursie Newsweeka (lans nie), mój jakże błyskotliwy typ polityczny na Gosiewskiego okazał się strzałem w dziesiątkę i tym sposobem zamiast wkurwiać się jeszcze bardziej, że Polska znów dała dupy na międzynarodowym turnieju – u mnie w domowym zaciszu, w mych dłoniach za pomocą wygranego PSP Polska zdobywa mistrzostwo Europy ogrywając w finale Francję 3:1. Co do samego turnieju, tego rzeczywistego, to nawet nie jestem wkurwiony, wiesz, chyba już się przyzwyczaiłem do tego jak kończymy, ale co tu się dziwić – jak to powiedział kiedyś tam Marcin Daniec – od pół roku to samo gotowanie, nic nie zmienił nasz naczelny kucharz – w tym przypadku może i to nie jest pół roku, ale dużo się nie zmieniło. Na dobrą sprawę to nie jest tak, że ja mam pretensje do Beenhakkera, nauczył naszych husarzy grać w piłkę, do ideału im wciąż wiele brakuje, ale w końcu z takiej mąki to dobrego chleba nie będzie. I jak czytam na forum sport.pl w komentarzach pod wywiadem z Beenhakkerem żałosne pytania w stylu – Leo, dlaczego nie zmieniłeś Krzynówka skoro słabo grał?! - bo kurwa nie miał na kogo zmienić i to jest problem polskiej piłki. Leo nie zmienił, bo nie miał na kogo, piłkarzy mamy słabych, bo na dobrą sprawę oni dopiero uczą się grać na murawie w klubach. Nic się nie zmieni, póki nie będziemy mieli boisk dosłownie wszędzie, żeby dzieciaki od małego mogły kopać piłkę po trawie, nawet jeżeli ma być sztuczna. Ktoś powie, a patrz na taką Szwajcarię, też są słabą drużyną a potrafią grać, to ja się zapytam – a wiesz ile oni mają boisk w miastach? Ile możliwości żeby grać na trawie, fajnym wymiarowo boisku? Są na to potrzebne bardzo duże pieniądze i mam nadzieję, że się znajdą, bo są potrzebne pod wieloma względami. Można kopać piłkę na szutrowym boisku z handmade bramkami, ale to daleko nikogo nie zaprowadzi. Ktoś powie, że 30 lat temu, gdy Polska dawała czadu na MŚ ogrywając najlepsze drużyny, nie było boisk, a piłkę kopało się na chodnikach, ale w zasadzie co z tego? Wtedy futbol był po prostu inny. A odnośnie powrotu naszych piłkarzy do domu, to już nie mogę się doczekać pierdolenia tego prymitywa Jana Tomaszewskiego, “wielkiego” bramkarza.

Wiecie co mnie wkurwia? Strajki. Głupi ludzie, którzy myślą, że jak nie pójdą do pracy, albo zrobią coś głupiego to rząd spełni ich wszystkie zachcianki. Ostatnio tak mnie wkurwiła poczta, która po prostu nie pracowała, znaczy jej część, bo część chciała, ale jako że druga część nie pracowała, to osobno i tak gówno mogli zrobić. Strasznie mnie wkurwiały zdjęcia w metrze, wyborczej, dzienniku i innych gazetach codziennych, które przedstawiały cały góry paczek i listów, których nikt nie roznosił, bo strajk. Tak sobie myślę, czy ci ludzie mają mózg w dupie? Jeżeli przez dwa tygodnie nie będą roznosili listów, zwały przesyłek się będą nawarstwiały to i tak – nie dość, że nic nie wywalczą, albo dostaną marchewkę (i jak już wiemy, tak też się stało), to i tak kurwa będą musieli to roznieść i będą siedzieli w pracy po 12 godzin, żeby w ogóle ruszyć z miejsca albo przedrzeć się przez góry listów i paczek. A później pomyślałem na temat tego jak listonosze pracują, znaczy podsumowując to co już wiem i czego życie mnie nauczyło i okazało się, że dostali marchewkę, ale i tak większości tych przesyłek nie roznieśli. Do rozniesienia mieli na dobrą sprawę tylko przesyłki ekonomiczne, cała reszta łącznie z paczkami przyszła do odbiorców w formie awizo. Cwany tok myślenia – gówno robię i robiłem to zacznę strajkować to może za gówno, które robię będę mógł dostać więcej kasy. Pocztowcy, listonosze, rozdzielnicy i cała reszta gromady chcieli podwyżki po 400 zł lub/i więcej, a kilkunastu dostało marcheweczkę. Po co będę strajkował skoro już mi się nie chce, a wiem że 400 zł nie dostanę, to lepiej wziąć 150 zł i dalej robić gówno. A na końcu kto na tym traci najwięcej? Odbiorcy. Bo nie dość, że płacą za przesyłki to jeszcze sami muszą sobie po nie pójść.
Kolejny genialny strajk to strajk przewoźników, znaczy w sumie to kierowców. Otóż, zatrzymali się oni jednego dnia o jednej godzinie TIR-ami dokładnie tam gdzie byli, czyli np. blokując autostradę A4, centrum miasta Wrocławia, etc. Genialny pomysł na strajk, bardzo chciałbym się dowiedzieć kto na to wpadł, ale raczej nikt z mózgiem. Jeszcze bardziej mnie rozbawiły ich żądania, a mianowicie kierowcy w ten sposób zamanifestowali swoje marzenia, którymi są (cyt.) – obniżenie ceny oleju napędowego, udrożnienia wschodniej granicy, zniesienia ograniczenia wwozu do kraju benzyny, pozostawienie dotychczasowego systemu opłat za korzystanie z infrastruktury oraz złagodzenie skutków wysokiego kursu złotówki do euro (?). To może jeszcze do tego frytki? To ja też będę strajkował. Usiądę na torach na dworcu głównym w ramach wyrażenia mojej dezaprobaty wobec nie dodawania darmowego kurczaka do każdej sałatki w KFC. Tak samo bzdurne marzenie i tak samo głupi sposób jego manifestowania. Nie rozumiem co kierowców obchodzi cena benzyny skoro nie oni za to płacą tylko przewoźnik; po co blokują drogi w Polsce (?) skoro chcą udrożnienia wschodniej granicy (?); najbardziej mi się podoba ich życzenie co do złagodzenia skutków wysokiego kursu złotówki do euro, super pomysł, niech gospodarka się zatrzyma!

Z pozytywnych informacji to chyba tylko tyle, że we Wrocku zrobili miejską plażę, która się nazywa Cocco Beach -> klik, klik 2 , klik 3, klik 4. A, no i może to że nabyłem drogą kupna Samsunga P2 ;-P.

P.S. Z chęcią bym gdzieś wyjechał na weekend, chętni zgłaszać się via mail albo w komentarzach ;)

A, no i mam taki zajebisty pomysł na stronę, wiecie nazwa w stylu ‘comniewkurwia’ czy coś takiego i prosta baza, gdzie ludzie mogą wpisywać co ich wkurwia, dobre nie?

Komentarze (11)

“my wciąż w pogoni za lepszej jakości życiem”

Lejdej

D

LB CWR DI

Marcepan

Mleczarnia

Skarpetki

Tramwaj ;)

Życie dalej się toczy swoim tempem, którego już nabrało i ani myśli, żeby zwolnić. Zabieram się za pisanie tej notki znów już kupę czasu, ale jakoś nie mogłem zupełnie zasiąść do pisania. Wiem już, że Marta-Siostra-Narkolepsja jest studentką jednych z wrocławskich uczelni, w przyszłości dekoratorka wnętrz, gratuluję i życzę powodzenia. Sam miałem kiedyś ambicje na dekoratorstwo, ale po prostu zniknęło. Jak w tej piosence “wybrałem już inną drogę”, nie pamiętam co to za utwór był. Anyway, pracuję już 3 tygodnie w tym pięknym szklanym budynku, który widać powyżej. Siedzę na pierwszym piętrze aktualnie, widok z okna bardzo ładny jest, a jeszcze lepszy z windy. Lubię sobie pojechać na ostatnie piętro i po prostu popatrzeć, chciałem zdjęcia stamtąd zrobić, ale zawsze zapominam aparatu z domu. Heh, tak myślę co napisać o pracy, ale jeszcze ciężko mi cokolwiek powiedzieć, bo… jakby to określić, nie przemęczam się póki co. Pomieszczenie w którym siedzę jest bardzo duże, cały ten ‘pokój’ to mój wydział zapewniania jakości departamentu informatyki, na oko siedzi tam prócz mnie jakieś 30 osób, ale dzięki metrażowi pomieszczenia – zupełnie nie czuje się ilości osób. Tak sobie myślę, że teraz komiksy dilberta nabierają naprawdę zupełnie innego wymiaru. Padam ze śmiechu, wiesz, znasz ten odcinek gdzie prezes firmy mówi: “So, now it’s time for some generic-management. – Did you talk to what’s-his-name about the-thing? – Umm… yes? – Ok.” Uwielbiam ten dialog, chyba we wszystkich korporacjach jest dokładnie tak samo. Nikt nie wie nic konkretnego, ale wszyscy wiedzą coś i dzięki temu, że każdy wie troszeczkę – razem i tak nic nie zrobią. Nie mniej jednak cholernie brakuje mi nawału pracy, poważnie, nie mogę się już doczekać, aż będę mógł pracować, tym bardziej, że zadania którymi będę się opiekował wydają się naprawdę ciekawe. Plus tego wszystkiego jest taki, że w kuchni mamy ekspres ciśnieniowy do kawy, różne kawy rozpuszczalne, herbaty, czystą lodówkę (w przeciwieństwie do tej w S*). Całymi dniami siedzę, obstawiam mecze, myślę co kiedykolwiek mnie interesowało i nie miałem czasu na to, żeby o tym poczytać i szukam informacji na te tematy, albo obmyślam genialne pomysły na firmę. Aktualnie najbardziej nakręciłem się wraz z Marcepanem i znajomym Tomaszem na projekt powiązany z teatrem, ale póki co to ciiii, bo to wstępne fazy planowania są.

Kolekcja płyt zawiera już 12 tytułów, kolejne które chcę dorwać to KAT “Somewhere in Poland 2003″ (oraz DVD “Życie po życiu”), Smashing Pumpkins ostatni i koszulkę z godłem Polski.

Komentarze (9)

RATM – Wake up

Tak szczerze mówiąc to się trochę bałem tego długiego weekendu, w zasadzie to nie tyle długiego weekendu a tego co miało nadejść i nadeszło tuż po nim. Z którejkolwiek strony na to nie spojrzeć to ostatnie kilka dni było dla mnie przełomowym. Żałuję, że na bieżąco nie pisałem niczego, bo bardzo mocno chciałem wyszczególnić pewne rzeczy, słowa, zdania, które sam wypowiadałem lub były wypowiadane przez inne osoby, ale… jak to bywa, niestety, nie pamiętam już tego wszystkiego tak dokładnie. Myślałem nawet nad napisaniem kilku rzeczy i dodawać to co dwa dni czy codziennie, ale pomyślałem sobie – nie! stój! („move the beans, move the rice”) – i głupio zrobiłem. Staram sobie przypomnieć wszystko od początku; długi weekend rozpoczął się dla mnie bardzo optymistycznie, po prostu miło. Wiesz, odchodziłem z pracy, ale świeciło piękne słońce. Bardzo chciałem odejść spokojnie, załatwić to co miałem i myślę, że to mi się udało. Teraz jeszcze tylko będę musiał tam załatwić dodatkowe formalności, ale to nie jest problemem już. W środę po pracy, gdy wychodziłem po raz ostatni z budynku na Robotniczej czułem się totalnie wolny, kolejny dzień bez żadnych zajęć, bez pracy, tylko granie na gitarze. Gitarowy Rekord Świata został pobity we Wrocławiu, 1 maja 2008 na rynku, brałem w tym udział. Na bicie rekordu przyjechała cała ekipa znajomych – Cedor, Arek, Darek, Berg z Anią, ze mną była oczywiście Marcelina. A… no i Bubu też przyjechał. Bicie rekordu miało się rozpocząć o 16, ale tak naprawdę to rozpoczęło się chyba jakieś 20 minut wcześniej o ile pamiętam. W ostatniej chwili (i to dosłownie) wpisywałem się w rejestracji, a jako potwierdzenie dostałem „kartę rekordzisty”, którą musiałem podpisać, czad, obiecałem sobie, że teraz co roku będę w tym uczestniczył. Wiesz, wyobrażam sobie taką długą, ale wąską antyramę na ścianie i w niej kilka takich kart z kilku lat, z kilku imprez bicia tego rekordu. W każdym bądź razie rekord pobiliśmy, na rynku „Hey Joe” grało nas 1951 osób. Przez cały dzień dużo czasu spędziliśmy z Anią i Bergiem, troszkę się napiliśmy, bardzo dużo rozmawialiśmy, świetni ludzie. Wielka szkoda, że Cedor z Arkiem zniknęli, ale rozumiem. Przyjechali razem, wracają razem; po zastanowieniu myślę, że sam nie chciałbym zrobić inaczej niż tak jak oni to załatwili, ale szkoda. Piątek był też świetnym dniem, bardzo ładna pogoda była, podróż do Opola zleciała bardzo przyjemnie i szybko; dzięki temu, że spierniczyłem system operacyjny na laptopie to przez dwa nie mieliśmy dostępu do komputera, świata, nazwij to jak chcesz, ale bardzo dużo czytałem wtedy, a teraz po prostu nie mam czasu. W sobotę byłem u Cedora, myślałem że po prostu się spotkamy z Arkiem, wypijemy browar i tyle, a tymczasem okazało się, że będzie grill, w lodówce chłodziło się później 46 browarów, cud, było zajebiście. Pisałem już, że mam od Cedora pełny zestaw gitarowy? Elektryk, wzmacniacz, multiefekt. Kurna, cały dzień teraz w pracy siedzę i myślę tylko o tym, żeby wrócić do domu i złapać za gitarę, poważnie! Anyway, chciałem coś tam jeszcze napisać, ale już trochę za długo piszą tą notkę. W następnej dodam też jakieś zdjęcia. Wiesz, muszę dodać tą notkę już, bo jak tylko o niej myślę i pisaniu jej dalej to nie mam ochoty pisać już nic, i tak powstawała przez kilka dni. Big up!

Komentarze (6)

“życie idzie jak na speedzie” (:D)

 

Duuużo się ostatnio dzieje. W sumie wszystko jest na swój sposób ważne. W końcu udało się i Cedor nas odwiedził we Wrocławiu na dłużej niż kilka godzin jednego dnia, znaczy został na noc. Ledwo po tym jak wyszedł z pociągu i spotkaliśmy się pod Arkadami – uderzyliśmy do sklepu muzycznego, chwila przymiarek, grania, gadania z gościem w sklepie, szybka decyzja i Cedor wszedł w posiadanie Zooma G2, fajny sprzęt. 1 maja bijemy gitarowy rekord guinessa (nie, nie chodzi o piwo) na rynku grając `hey joe` Hendrixa i przy okazji wejdę w posiadanie Zooma 505, czyli byłego przed G2 efektu Cedora, anyway, przyuważyłem w sklepie elektroniczną perkę Rolanda, dobra firma, solidny sprzęt podobno, dużo osób chwali. Sprzęt za 5.000,- bez złotówki, więc zalatywał wykonaniem i możliwościami (z oferty) mniej-więcej ze średniej półki, profesjonalny sprzęt to nie był, pół-profesjonalny niby też nie, ale amatorszczyzna to już teoretycznie nie była. Ty, słuchaj, jakie gówno. Midi i plastik. Znam przynajmniej kilkadziesiąt sposób na lepsze ulokowanie 5.000,-. Generalnie nie polecam. Zmiana pracy, zobaczymy co to będzie, perspektywy są dobre, oćjeń harosze. Heh, i dzisiaj powiedzieliśmy naszej nowej współlokatorce, że ma się wyprowadzić. Sprawa była przegłosowana, nikt nie był na ‘tak’, wszyscy na nie. Gremium sceptyków, trójka złych policjantów, dwójka złych jeden najbardziej zły. Nie trudno zgadnąć, która rola moja.

Mam ostatnio jakoś ochotę na rower, w sensie chciałbym tutaj mieć. Do pracy bym na nim raczej nie jeździł, po pracy nie miałbym albo czasu albo siły, w weekendy też ciężko z czasem, ale chciałbym mieć. Gdybym przypadkowo gdzieś wyhaczył chwilkę – mógłbym skoczyć do parku południowego na rundkę. Heh, mieszkamy w zasadzie tuż przy południowym i ani razu tam nie byliśmy, codziennie za to widzę ten park z  okna tramwaju.

A i zapomniałem wcześniej napisać, że dostałem od Cedora gitarę wraz ze wzmacniaczem – stąd też ten zoom 505, którego się nie mogę doczekać już ;). Gitara – les paul, kolor natural, wyklejone czarne okręgi jak u Zakk`a Wylde, nazwa funkcjonująca dla gitary “pszczoła”, poważnie tak wygląda. Myślę nad zrobieniem świecących markerów na progach (3, 5, 7, 9, 12, 15, 17, 19, 21, czy coś).

Na zakończenie zdjęcie z serii “Cedor w autobusie 126″ i spadam spać, bez odbioru!

Komentarze (12)

Mílý pane Bohušku, a tak zase život udělal mimořádnou smyčku.

Izydor

Miałem niedawno niesamowitą przyjemność gościć i robić zdjęcia przed premierą spektaklu “Izydor” w Teatrze Pod Zieloną Lampą, nieźle brzmi, nie? Ale tak zupełnie poważnie to spektakl bardzo mi się podobał. Tragedia grecka przełożona na czas współczesny, ciekawa, dużo odniesień można wynaleźć, bardzo na czasie, mimo że antyczna grecja. Zrobiłem trochę ponad 160 zdjęć, teraz tylko wywołać RAW`y, przygotować do druku. Jednak robić zdjęcia w warunkach teatru to dość trudne, ale myślę, że podczas kolejnych spektakli zdjęcia wyjdą mi lepiej, toć od czegoś trzeba zacząć. Strasznie zmęczony ostatnio jestem, nie mam na nic czasu, umawiam się do fryzjera po kilka dni pod rząd po to, by zupełnie o tym zapomnieć i siedzieć w pracy do późnego popołudnia. Z jednej strony to fajnie jest, tego właśnie chciałem – czegoś z większą odpowiedzialnością, większej możliwości wypowiedzi, decyzji, robienia czegoś i czuć przy tym, że coś ode mnie zależy. Silna potrzeba samorealizacji jest ostatnio trochę zaspokajana, w środę rozmowa kwalifikacyjna na stanowisko analityka, coś miałem też zrobić we wtorek, ale za cholerę nie pamiętam co; Maslov dałby mi chyba po pysku.

Trochę się nie mogę doczekać już następnego tygodnia, konkretnie weekendu. Jadę na malinę, postrzelamy, pogadamy, posłuchamy muzyki, napijemy się. A tymczasem ja muszę pomyleć co miałem jeszcze zrobić, bo za 3 godziny ćwiczenia z mikroekonomii. Spadam, ahoj!

Komentarze (9)

“the jazz” by Cadrage

The Jazz

Nardis Jazz Club @ Istanbul
na zdjęciu Ricky Ford
 - nikon/50 mm/f 1.4
- fujichrome provia 400

autor: Cadrage

Wciąż uważam, że to najlepsze zdjęcie na świecie oddające muzykę jazz. Z wszystkich zdjęć powiązanych z jazzem, które widziałem to jedno jest zdecydowanie jednym z ważniejszych; niektóre przedstawiają muzyków, inne pewną historię i nurt, który muzyka obierała, to zdjęcie natomiast przedstawia klimat, atmosferę, to co się czuje – będąc tam na miejscu. Być może odebrać to zdjęcie można tylko pod warunkiem wcześniejszego, kiedykolwiek, uczestnictwa w koncercie jazzowym, nie jako muzyk – ale jako odbiorca. Bardzo dużo rzeczy mi się ostatnio przypomina, ni stąd ni z owąd wchodzą po prostu do mojej głowy. Przypominają mi się rzeczy różne, z różnego okresu, z różnych lat. Poszczególne migawki, nie pamiętam jak kto się nazywał już, jak był ubrany, skąd był czy co robił w życiu, pamiętam za to dokładnie sytuację – migawki, jak zdjęcia robione seryjnie. Widząc to zdjęcie momentalnie mi się przypomina jak kilka lat temu byliśmy w Pradze, w zasadzie jeszcze nie w samej Pradze, ale w drodze do. Zatrzymaliśmy się w Hradec Kralove, żeby coś zjeść, chwilę rozmawialiśmy o muzyce i stwierdziliśmy, że w miarę możliwości w stolicy Czech odwiedzimy `U Zlateho Tygra`, niestety w końcu to się nie udało. Wciąż wierzę, że uda się tam dotrzeć. Z Remem planowaliśmy koncert jazzowy `pod złotym tygrysem` jeszcze na długo przed wyjazdem, zanim po raz pierwszy otworzyliśmy map, by nawet wstępnie ustalić drogę, którą będziemy jechać i gdzie się zatrzymamy… Widząc to zdjęcie przypomina mi się koncert jazzowy w Highlanderze w Opolu. Nie pamiętam znów, który to był rok, obstawiam koniec 2006 lub początki 2007, a może to już był ‘zaawansowany’ 2007? Nie jestem pewien. Było dużo ludzi, ale ponieważ udało nam się wcześniej pojawić w lokalu to zajęliśmy duży stół. Pamiętam, że zamawialiśmy dzbany piwa za 12 zł, a zespół złożony był z niewidomego saksofonisty (który co jakiś czas gra w różnych składach w różnych pubach w Opolu), perkusisty i gościa na parapecie (czyli klawiszowca), zachwyciła mnie ichnie wariacje na temat jazzu klasycznego, a jazz w rytmach latynoamerykańskich zrobił furorę większą niż każdy inny hit w tym okresie. Jakoś tak dużo czasu wtedy na to było. O! albo przypomina mi się jeszcze jak grube lata temu byłem w sanatorium. Całego pobytu jakoś specjalnie już nie pamiętam, miejscowości też. Pamiętam jak jednego wieczoru siedziliśmy w pokoju na drugim piętrze, kurczę, nie pamiętam nr, 140 czy coś, dziwna numeracja tam była.  W każdym razie był tam taki gość, nie mogę sobie przypomnieć jak się nazywał już, taki drobny złodziejaszek z zawodu, pamiętam, że uczył nas w kilka osób jak otwierać zamki i kłudki za pomocą różnych rzeczy typu spinacze, małe śrubokręty zegarmistrzowskie (czy jak tam one się nazywają) a później robiliśmy to na czas. Miał ze sobą zestaw jakiś zamków i kłódek i cały czas na tym ćwiczył, na tym zestawie robiliśmy też zawody, heh, nawet nie wiem skąd był. Innym razem siedzieliśmy spokojnie w pokojach, już wieczór jakoś był, nagle rozległ się krzyk z drugiego piętra, jak się okazało z pokoju na skraju budynku – dziewczynom do pokoju przez okno wleciał nietoperz. Pamiętam akcję złapania nietoperza, śmieszna sprawa, ale w końcu się udało. Innym razem znowu…

A tymczasem siedzę w pracy, piję kawę, jem bułeczkę maślaną i w zasadzie mi nie szkoda, że ten czas się już skończył, że teraz jest inaczej zupełnie, ale pewnego dnia pójdę na koncert jazzowy do Zlateho Tygra. Specjalnie na tą okazję nauczę się jeszcze lepiej czeskiego, zamówię piwo w języku sąsiadów, Hrabala już nie spotkam, ale może innego pisarza, z którym akurat przyjdzie porozmawiać przy Pilsnerze. :)

Komentarze (6)

die toten hosen

Zawarliśmy pakt – kupujemy w każdym miesiącu dwie książki i dwie płyty, chyba że bardzo chcemy to możemy kupić więcej, ale obowiązkowo są to dwie płyty i dwie książki. Bardzo przyjemne jest uczucie, gdy kolekcja się powiększa o tytuły, które bardzo chce się mieć. Aktualnie jesteśmy w posiadaniu już E. Badu – “Baduizm live”; Roszja&Lu – “Przez ścianę”; Komety – “Akcja v1″; Komety – “Via Adriente”; Komety – “2004 – 2006″ oraz z książek M. Bruczkowskiego “Singapur 4 rano” i wciąż czekamy na zamówioną M. Bruczkowskiego “Bezsenność w Tokio”, bardzo przyjemne. Dążymy do tego, żeby móc ułożyć sobie kiedyś całą ścianę płyt i książek.
Bardzo mnie cieszy, że  już jest cieplej, słońce te sprawy.

Komentarze (7)

Alles bleibt anders.

 Dzisiaj do pracy przyjechałem prawie na godzinę 6 rano, co krótko skomentował Krzysztof wchodząc do pokoju “i kogo kurwa pojebało do reszty, że na 6 tutaj był?”. Fakt, można stwierdzić, że trochę mnie pojebało, że zamiast spać po późna i siedzieć tutaj do wieczora (skoro popołudniu i tak nie mam zbyt dużo do roboty z rzeczy obowiązkowych), ale ja wolę przyjechać rano, wyjść wcześniej i mieć pół dnia wolnego. Mam wtedy czas, żeby się porządnie przygotować przed rozmową kwalifikacyjną w poniedziałek, popracować nad planami na założeniem firmy, dokończyć projektować system, powolutku pisać sobie w PHP, spokojnie pisać specyfikację i dokumentację projektu jeszcze innego i posłuchać sobie spokojnie muzyki.

Myślałem przyjeżdżając tutaj, że będzie tu troche mniej ludzi w stylu ‘jestem bogaty’, ‘wiem, że mam’, ‘ja nie mam, ale ma mój brat i dlatego woże się, jakbym to ja miał’, ‘mam więcej’, ‘jeżeli ty masz więcej, to co ty masz to nic w porównaniu z tym co ja mam’, ‘jeżeli możesz coś powiedzieć więcej, to zmienię temat’, ‘woże się, bo mam’, ‘pół miliona to drobne’. Na szczęście nie wszyscy tacy tu są, na dobrą sprawę to nie znam zbyt wielu ludzi. Generalnie jest inaczej, inne priorytety, inne perspektywy, ba! w ogóle jakiekolwiek perspektywy. Często pojawiają się pewne zmartwienia, ale mijają. Generalnie jest straszne parcie na sukces i robienie hajsu. Top management, global consulting, tego typu sprawy. Jak już się wszystko udaje to jest fajnie, wiesz, mało zmartwień, dużo luzu, inna klasa, ale jak to rapował Eis – “najpierw trzeba wbić się na start”.

Poniżej super teledysk, super utwór, “super partia kurwo!”. Dynamite Deluxe ft. Jan Delay, c’mon:

Komentarze (6)

‘będę raperem, biznesmenem, kimkolwiek kurwa zamknij gębę!’

Mgła i kruk

Zobaczymy co przyniesie ten tydzień, wiele nadzieji wiążę z czwartkiem.  Mam już serdecznie dość tej firmy i burdelu jaki w niej pracuje. Nie dziwota, że akcje lecą na łeb na szyje i jaką opinię ma. Na szczęście miasto pozostawia wiele możliwości, w tydzień możesz zmienić całe swoje życie. To jak? Wrocław the meeting place?

Komentarze (1)

Dziwni ludzie przyszłości

Nawiedziała nas Emma, w związku z tym propagujemy w ten weekend pełen luz i lenistwo jak w tracku ‘Nygi’ i ‘Numeru Raz’ (klik -> paczka dwa utwory). Pełnoetatowe opierniczanie się. Pranie już wysuszony, ściągnięte z suszarki leżakuje na sofie obok i nie chce nam się na razie nic z tym zrobić, nigdzie przenieść, a co gorsza – o matko! – schować do półki. Album Zucchini Drive leci już chyba siódmy raz, a do playera tak daleko. W taką pogodę i tak nie ma nic lepszego do roboty, nie ma gdzie pójść ani co robić.

Komentarze (5)

Starsze wpisy »