Archiwum dla maj, 2008

“my wciąż w pogoni za lepszej jakości życiem”

Lejdej

D

LB CWR DI

Marcepan

Mleczarnia

Skarpetki

Tramwaj ;)

Życie dalej się toczy swoim tempem, którego już nabrało i ani myśli, żeby zwolnić. Zabieram się za pisanie tej notki znów już kupę czasu, ale jakoś nie mogłem zupełnie zasiąść do pisania. Wiem już, że Marta-Siostra-Narkolepsja jest studentką jednych z wrocławskich uczelni, w przyszłości dekoratorka wnętrz, gratuluję i życzę powodzenia. Sam miałem kiedyś ambicje na dekoratorstwo, ale po prostu zniknęło. Jak w tej piosence “wybrałem już inną drogę”, nie pamiętam co to za utwór był. Anyway, pracuję już 3 tygodnie w tym pięknym szklanym budynku, który widać powyżej. Siedzę na pierwszym piętrze aktualnie, widok z okna bardzo ładny jest, a jeszcze lepszy z windy. Lubię sobie pojechać na ostatnie piętro i po prostu popatrzeć, chciałem zdjęcia stamtąd zrobić, ale zawsze zapominam aparatu z domu. Heh, tak myślę co napisać o pracy, ale jeszcze ciężko mi cokolwiek powiedzieć, bo… jakby to określić, nie przemęczam się póki co. Pomieszczenie w którym siedzę jest bardzo duże, cały ten ‘pokój’ to mój wydział zapewniania jakości departamentu informatyki, na oko siedzi tam prócz mnie jakieś 30 osób, ale dzięki metrażowi pomieszczenia – zupełnie nie czuje się ilości osób. Tak sobie myślę, że teraz komiksy dilberta nabierają naprawdę zupełnie innego wymiaru. Padam ze śmiechu, wiesz, znasz ten odcinek gdzie prezes firmy mówi: “So, now it’s time for some generic-management. – Did you talk to what’s-his-name about the-thing? – Umm… yes? – Ok.” Uwielbiam ten dialog, chyba we wszystkich korporacjach jest dokładnie tak samo. Nikt nie wie nic konkretnego, ale wszyscy wiedzą coś i dzięki temu, że każdy wie troszeczkę – razem i tak nic nie zrobią. Nie mniej jednak cholernie brakuje mi nawału pracy, poważnie, nie mogę się już doczekać, aż będę mógł pracować, tym bardziej, że zadania którymi będę się opiekował wydają się naprawdę ciekawe. Plus tego wszystkiego jest taki, że w kuchni mamy ekspres ciśnieniowy do kawy, różne kawy rozpuszczalne, herbaty, czystą lodówkę (w przeciwieństwie do tej w S*). Całymi dniami siedzę, obstawiam mecze, myślę co kiedykolwiek mnie interesowało i nie miałem czasu na to, żeby o tym poczytać i szukam informacji na te tematy, albo obmyślam genialne pomysły na firmę. Aktualnie najbardziej nakręciłem się wraz z Marcepanem i znajomym Tomaszem na projekt powiązany z teatrem, ale póki co to ciiii, bo to wstępne fazy planowania są.

Kolekcja płyt zawiera już 12 tytułów, kolejne które chcę dorwać to KAT “Somewhere in Poland 2003″ (oraz DVD “Życie po życiu”), Smashing Pumpkins ostatni i koszulkę z godłem Polski.

Komentarze (9)

RATM – Wake up

Tak szczerze mówiąc to się trochę bałem tego długiego weekendu, w zasadzie to nie tyle długiego weekendu a tego co miało nadejść i nadeszło tuż po nim. Z którejkolwiek strony na to nie spojrzeć to ostatnie kilka dni było dla mnie przełomowym. Żałuję, że na bieżąco nie pisałem niczego, bo bardzo mocno chciałem wyszczególnić pewne rzeczy, słowa, zdania, które sam wypowiadałem lub były wypowiadane przez inne osoby, ale… jak to bywa, niestety, nie pamiętam już tego wszystkiego tak dokładnie. Myślałem nawet nad napisaniem kilku rzeczy i dodawać to co dwa dni czy codziennie, ale pomyślałem sobie – nie! stój! („move the beans, move the rice”) – i głupio zrobiłem. Staram sobie przypomnieć wszystko od początku; długi weekend rozpoczął się dla mnie bardzo optymistycznie, po prostu miło. Wiesz, odchodziłem z pracy, ale świeciło piękne słońce. Bardzo chciałem odejść spokojnie, załatwić to co miałem i myślę, że to mi się udało. Teraz jeszcze tylko będę musiał tam załatwić dodatkowe formalności, ale to nie jest problemem już. W środę po pracy, gdy wychodziłem po raz ostatni z budynku na Robotniczej czułem się totalnie wolny, kolejny dzień bez żadnych zajęć, bez pracy, tylko granie na gitarze. Gitarowy Rekord Świata został pobity we Wrocławiu, 1 maja 2008 na rynku, brałem w tym udział. Na bicie rekordu przyjechała cała ekipa znajomych – Cedor, Arek, Darek, Berg z Anią, ze mną była oczywiście Marcelina. A… no i Bubu też przyjechał. Bicie rekordu miało się rozpocząć o 16, ale tak naprawdę to rozpoczęło się chyba jakieś 20 minut wcześniej o ile pamiętam. W ostatniej chwili (i to dosłownie) wpisywałem się w rejestracji, a jako potwierdzenie dostałem „kartę rekordzisty”, którą musiałem podpisać, czad, obiecałem sobie, że teraz co roku będę w tym uczestniczył. Wiesz, wyobrażam sobie taką długą, ale wąską antyramę na ścianie i w niej kilka takich kart z kilku lat, z kilku imprez bicia tego rekordu. W każdym bądź razie rekord pobiliśmy, na rynku „Hey Joe” grało nas 1951 osób. Przez cały dzień dużo czasu spędziliśmy z Anią i Bergiem, troszkę się napiliśmy, bardzo dużo rozmawialiśmy, świetni ludzie. Wielka szkoda, że Cedor z Arkiem zniknęli, ale rozumiem. Przyjechali razem, wracają razem; po zastanowieniu myślę, że sam nie chciałbym zrobić inaczej niż tak jak oni to załatwili, ale szkoda. Piątek był też świetnym dniem, bardzo ładna pogoda była, podróż do Opola zleciała bardzo przyjemnie i szybko; dzięki temu, że spierniczyłem system operacyjny na laptopie to przez dwa nie mieliśmy dostępu do komputera, świata, nazwij to jak chcesz, ale bardzo dużo czytałem wtedy, a teraz po prostu nie mam czasu. W sobotę byłem u Cedora, myślałem że po prostu się spotkamy z Arkiem, wypijemy browar i tyle, a tymczasem okazało się, że będzie grill, w lodówce chłodziło się później 46 browarów, cud, było zajebiście. Pisałem już, że mam od Cedora pełny zestaw gitarowy? Elektryk, wzmacniacz, multiefekt. Kurna, cały dzień teraz w pracy siedzę i myślę tylko o tym, żeby wrócić do domu i złapać za gitarę, poważnie! Anyway, chciałem coś tam jeszcze napisać, ale już trochę za długo piszą tą notkę. W następnej dodam też jakieś zdjęcia. Wiesz, muszę dodać tą notkę już, bo jak tylko o niej myślę i pisaniu jej dalej to nie mam ochoty pisać już nic, i tak powstawała przez kilka dni. Big up!

Komentarze (6)